Pierwszy raz z „Mafia: The City of Lost Heaven” czeskiego studia Illusion Softworks zetknąłem się na początku 2003 roku. Uważana wówczas za konkurencję dla „GTA III”, ze względu na otwarty świat, była jednak skierowana do nieco innego grona odbiorców. Przede wszystkim opowiadała dużo bardziej złożoną i dojrzałą historię opartą na słynnej mafijnej sadze. Nie przeszkodziło jej to jednak, by stać się hitem równie dużym, jak jej konkurent od Rockstara. Grając w obie pozycje w tamtym czasie, dużo bardziej odnalazłem się w „Grand Theft Auto”. Dlaczego? Powód dość prosty. Dla wówczas niespełna dziesięciolatka „Mafia” była dużo trudniejsza. O ile pierwsze misje nie nastręczają jeszcze wielu problemów, o tyle słynny wyścig chyba wielu z nas spędzał sen z powiek, a przypomnijmy, jest to sam początek rozgrywki. Z perpektywy czasu nie jest to wadą, a wręcz zaletą, gdyż dodaje rozgrywce większego realizmu i podkreśla jej unikalny charakter. W owym czasie jednak ten aspekt sprawił, że zniechęciłem się i gra została przeze mnie, mówiąc potocznie, rzucona w kąt i zapomniałem o niej na całe lata.

Gdy wróciłem do historii Tommy’ego Angelo po przeszło dwóch dekadach, od razu uderzył mnie świetny sposób prowadzenia narracji. Fabuła przedstawiona jest w formie retrospekcji, podczas rozmowy głównego bohatera z przesłuchującym go detektywem. W zamian za ochronę oraz status świadka koronnego wyjawia on policji kolejne tajemnice przestępczego półświatka. Jak widać, nie jest to typowy sandbox ani też radosna strzelanina i zabawa w gangstera, dojrzałość przekazu jest tu wyczuwalna niemal na każdym kroku.

Gra pojawiła na naszych półkach sklepowych jesienią 2002 roku. Zawartość edycji premierowej w big boxie od mojego ulubionego dystrybutora Play It prezentuje się nad wyraz okazale.

Rodzina jest podstawową komórką społeczną, uczy każdy podręcznik wiedzy o społeczeństwie. Mafia ukazuje specyficzną jej formę – członkowie niekoniecznie muszę być spokrewnieni, za to więzi między nimi są znacznie głębsze. Z mafii można wystąpić – owszem, ale tylko „nogami do przodu”. Można również sabotować jej działalność, jednak w momencie gdy to się wyda, rychła śmierć zdaje się pewniejsza od rachunku telefonicznego. Tommy przez miękkie serce nie wykonał wielu rzeczy tak, jak powinien, sprzeniewierzając się jednocześnie rozkazom i niepisanemu mafijnemu kodeksowi. To dramat człowieka bez możliwości wyboru.

Szczególnie jedna scena z rozgrywki wryła mi się w pamięć, mianowicie rzeź urządzona przez Tommy’ego na pogrzebie mafioza z konkurencyjnej rodziny. Mistyczne otoczenie kościoła, trumna z odsłoniętym ciałem – nie jest to klasyczny widok w grach akcji z tamtego okresu. Zbudowało to, w tamtym momencie, niesamowicie sugestywny i mroczny klimat neo noir. „Mafia” to nie gra, to również nie film – to coś więcej.

Plusy

Minusy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Opublikuj komentarz